bezdźwięczny dźwięk. Gdy odprężysz się w ośrodku serca, usłyszysz Omkar, Aum. Jest to wielkie odkrycie. Ci, którzy wstąpili do serca, słyszą wewnątrz swojego istnienia ciągłe śpiewanie, które brzmieniem przypomina aum. Czy kiedykolwiek słyszałeś śpiewanie, które następuje samo z siebie? Ty go nie robisz... .

Patrz, volkswagen stoi normalnie, a koło zmieniają w tym obok. Co to jest? - Na moje oko, audi - odparł Pawełek.. - Pozbieram wszystkie wasze meble z tej.. kupki.. - Gdzie, u diabła, jesteś?! - wrzasnął McKittrick w stronę sąsiedniego dachu. - Odpowiedz mi albo wysadzę tę kobietę w powietrze, tak że będzie fruwać nad całym Manhattanem! Leży tuż obok pakunku! Wystarczy, że nacisnę guzik! Decker bardzo chciał strzelić, pociągać za spust raz po razie, ale nie odważył się, ze strachu, że McKittrickowi wystarczy siły, żeby nacisnąć detonator i zabić Beth. A był już tak blisko ocalenia jej. Usłyszał ciężki odgłos kroków na schodach przeciwpożarowych i padł szybko za szybem wentylacyjnym. Na szczycie metalowych schodów pojawiły się nagle ciemne postacie. McKittrick odwrócił się gwałtownie w stronę trzech strażaków. Teraz było ich widać już wyraźnie. Z kasków kapała im woda, w ciężkich, gumowanych pelerynach i w butach błyszczących od deszczu odbijały się płomienie. McKittrick lewą ręką trzymając się drabinki, prawą wyciągnął zza paska pistolet. Zastrzelił całą trójkę. Dwóch padło na miejscu. Trzeci cofnął się chwiejnym krokiem i spadł z krawędzi dachu. Huk płomieni zagłuszył odgłos strzałów i krzyk strażaka spadającego na dół. Wciąż przytrzymując się lewą ręką drabinki i jednocześnie ściskając w niej detonator, McKittrick niezdarnie usiłował zatknąć pistolet z powrotem za pasek. Korzystając z nieuwagi McKittricka, Decker wyskoczył zza szybu wentylacyjnego, dopadł drabinki i skoczył, starając się chwycić detonator. Złapał go i spadając wyrwał McKittrickowi z dłoni, niemal zrzucając przeciwnika z drabinki. McKittrick zaklął i spróbował znów unieść pistolet, ale broń zahaczyła o pasek. Decker strzelił za późno - McKittrick zrezygnował z wydostania pistoletu i zdążył zeskoczyć z drabinki. Pocisk uderzył w ścianę, McKittrick powalił Deckera na dach i potoczyli się przez kałuże. Decker miał zajęte ręce - w lewej trzymał detonator, w prawej pistolet. Był w zbyt niewygodnej pozycji, żeby dobrze wycelować broń. McKittrick spadł na niego, uderzył i spróbował odebrać detonator. Decker kopnął go kolanem i odtoczył się, żeby znaleźć się w odległości odpowiedniej do strzału, jednak cios wymierzony w krocze McKittricka nie był wystarczająco mocny i nie powstrzymał go od rzucenia się za Deckerem. McKittrick wytrącił Deckerowi pistolet z dłoni. Broń z chlapnięciem wpadła w kałużę. McKittrick rzucił się za nią, ale Decker zdołał wymierzyć mu mocnego kopniaka. McKittricka odrzuciło od broni. Decker zachwiał się do tyłu. Uderzył w obmurówkę i niemal wypadł poza nią. McKittrick znów usiłował wyciągnąć pistolet zza paska. Decker nie miał pojęcia, gdzie upadła jego broń. Ściskając kurczowo detonator, obrócił się szybko, żeby skryć się na schodach przeciwpożarowych, poślizgnął się na czymś, co upuścił jeden ze strażaków, domyślił się, co to jest, wolną ręką podniósł toporek strażacki i cisnął nim w stronę McKittricka w tym samym momencie, kiedy McKittrick wyszarpnął pistolet zza paska. Decker usłyszał śmiech McKittricka. Następnie do jego uszu dotarł odgłos toporka uderzającego w twarz McKittricka. Początkowo Decker pomyślał, że McKittricka uderzyła tępa rękojeść. Ale toporek nie upadł. Ugodził McKittricka w czoło. McKittrick zatoczył się, jakby był pijany, i runął. Decker jednak nie był pewien efektu. Rzucił się przed siebie, podniósł pistolet McKittricka i z nadzieją, że huk ognia zagłuszy odgłos wystrzałów, strzelił McKittrickowi trzy razy w głowę.. - Przy przykładnicy! Podłóż!.... Toczyło się to warszawskie życie mimo różnych "urozmaiceń", jakich nie żałowali nam Niemcy, monotonnie, z dnia na dzień, choć każdy przeżyty dzień był darem losu czy niebios - jak kto woli. Dopiero Powstanie zmieniło wszystko. W początkach sierpnia znalazłem się na Starówce, gdzie tłoczyła się wyparta przez Niemców ludność Woli, Powązek i części Śródmieścia. Mimo wszystko panował na razie nastrój radosny. Stawiano barykady wyrzucając oknami własne i cudze meble. Powiewały nie widziane od lat pięciu narodowe flagi. Na ścianach oprócz odezw wisiały obwieszczenia dotyczące porządku publicznego, grożące grzywną i aresztem, wydane przez powstańcze starostwo Warszawa-Północ. Niejeden autochton odczytawszy rozporządzenie rzekł do drugiego wzruszonym głosem: - Było nie było, panie Trybuszewski, tu jest kawałek Polski. Chociaż szkopy naobkoło, polski starosta w razie zagrożenia spokoju do polskiego mamra może szanownego pana wsadzić! - I zgiętym palcem wskazującym otarł łzę z powieki. Przytulony z żoną i córką przez znajomych w małym mieszkaniu na parterze domu przy ulicy Podwale 19, czułem się niemal szczęśliwy. Spaliśmy wygodnie na materacach rozłożonych na podłodze, mieliśmy jeszcze jakie takie zapasy żywności. Ale powoli wszystko zaczęło się zmieniać. Materace trzeba było przenieść do piwnicy. Starówka, bombardowana regularnie z powietrza, ostrzeliwana przez ciężkie działa, nękana ogniem rakietowym, powoli, ale stale waliła się w gruzy. W piwnicach jednak wrzało' życie. Ba, wychodziła nawet gazeta pt. "Powstaniec". Zamieszczałem w niej swoje felietony, pisane ku rozweseleniu serc, aczkolwiek autorowi było bardzo niewesoło. Przede wszystkim samo pisanie odbywało się w dość trudnych warunkach. O skupieniu myśli w przepełnionej piwnicy, wśród płaczącej dzieciarni nie mogło być mowy. Za radą więc redaktora "Powstańca", Jana Zbrożka, przeniosłem się ze swoją twórczością na klatkę schodową. Wiadomo było, że klatki mają najgrubsze mury, a więc i zapewniają największe bezpieczeństwo. Pisanie odbywało się w pozycji stojącej w oparciu o parapet schodowego okna. Oprócz felietonów miałem jeszcze inne zajęcia artystyczne. Starówka była długo odcięta od reszty Warszawy. Nie było tu kin, kawiarni, nie docierały koncerty znakomitych artystów. Toteż radziliśmy sobie sami: jakieś dźwięki fortepianu gdzieś z opuszczonego mieszkania, jakiś improwizowany wieczór autorski. Zaszedłem kiedyś do szpitala polowego przy ulicy Kilińskiego. Jeden z rannych chłopców miał moją książkę W ząbek czesany. Prosili, żeby im poczytać. Przy ogarku świecy zacząłem. Za ścianami z łoskotem waliły się domy, ryczały "krowy", pękały granaty. "W ząbek czesany" Hitler wściekle atakował Starówkę, a my czytaliśmy sobie o zezowatym baranku, o parasolu w śmietanie, o facecie, któremu sąsiad zaaplikował sto czterdzieści baniek. Ranni się uśmiechali. Działalność kulturalna nie uwalniała absolutnie od pracy przy gaszeniu pożarów i budowie barykad. Wiele nocy spędziłem na dachu kamienicy numer 19 na Podwalu w charakterze strażaka (może dlatego stoi do dziś), coraz chowając się za komin na zgrzytliwy dźwięk "szafy" rzucającej na Starówkę zapalające pociski. Do pracy przy barykadach szło się piwnicami albo przez przebite przejścia w parterowych mieszkaniach, nieraz bardzo, jak na ówczesne warunki, daleko. Pamiętam, wezwano nas kiedyś "aż" na ulicę Piwną, gdzie trzeba było ustawić ceglaną zaporę w bramie numer 13, którą atakowali hitlerowcy. Szło się po gruzach zrównanej z ziemią ulicy Rycerskiej, a potem "durch" przez mieszkania. Szliśmy dużą grupą, gęsiego. Za mną kroczył jakiś wesoły tramwajarz, typowe dziecię Starego Miasta, sypiący kawałami w najczystszej warszawskiej gwarze.. - Strączku - oświadczyła stanowczo - powiemy jej jeszcze dziś wieczorem.. Poczuł, że na takie rany czas i milczenie jest najlepszym lekarstwem, że podobne. Pozostali w rolach biernych słuchaczy. Zresztą nie dys-.